środa, 10 wrzesień 2014 16:36

Dżerba - perła Tunezji

Napisane przez Aneta Gajewska
Wielbłądy na pustynii w Tunezji Wielbłądy na pustynii w Tunezji AG
Leciałam pierwszy raz do Tunezji i oczekiwałam po pobycie tutaj kilku oczywistości: słońca na plaży, pustyni, wielbłądów, palm w oazie... I wszystko się spełniło, mimo że wylądowałam na tunezyjskiej wyspie, a nie na stałym lądzie.
Dżerba, bo o niej mowa, uważana jest często za peryferia Tunezji. Leżąca u południowych wybrzeży kraju wyspa ma niewiele ponad 500 kilometrów kwadratowych powierzchni. Od stałego lądu dzieli ją tylko kilka kilometrów, można je pokonać drogą ułożoną jeszcze przez Rzymian na grobli lub promem. Zwiedzanie wyspy nie przysparza kłopotów, można zorganizować sobie kilka krótkich wycieczek, dystanse są tutaj niewielkie. A co warto zobaczyć? Na souku w Guellali W Guellali, tuż przy drodze zwracają uwagę wielkie dzbany i amfory gliniane zawieszone na murku. To jeden z wielu warsztatów garncarskich, ten akurat jest mini muzeum. Możemy tutaj zapoznać się ze starą techniką wydobywania gliny - z wąskiej, ciasnej dziury przypominającej trochę nasze polskie biedaszyby z węglem. Potem pokaz wyrabiania gliny nogami, a następnie samej produkcji naczyń. Od sprawności garncarza i zamówienia zależy, jak wielkie i jak zdobione będzie naczynie. A robi się do dzisiaj i wielkie amfory, i małe dzbanuszki lub popielniczki na stół. Gotowe wyroby są do kupienia na jednym z bazarów, souków, jak się na nazywa je po arabsku. Największy z nich znajduje się w najważniejszym mieście wyspy - Haumat as-Souk. Tutejszy souk to w zasadzie labirynt przecinających się uliczek, w których mnóstwo jest wszelkiego asortymentu i wielkości sklepów, sąsiadujących ze stoiskami na świeżym powietrzu. Co kupują turyści? Tytoń do fajek wodnych, same fajki wodne, szale w bajecznych kolorach, wspomnianą porcelanę (naczynia od talerzy po dzbanuszki), kafelki, przynoszące szczęście „dłonie Fatimy”, „pustynne róże” (skrystalizowane kawałki gipsu i a piasku), lampy w nieziemski sposób zdobione, przyprawy, oliwę, figi, daktyle, chałwę, słodycze... Samo targowanie może osobę przyzwyczajoną do europejskich bazarów lekko zaskoczyć. Tunezyjczycy uwielbiają się targować. W ich wykonaniu normalna transakcja sprzedaży to prawdziwy spektakl. Sprzedawca zaczyna od absurdalnie wysokiej ceny, ja odpowiadam propozycją najniższą z możliwych. On oburza się, wzywa na świadków swej krzywdy sąsiadów, wypomina mi, że ma stadko dzieci na wychowaniu i... wreszcie opuszcza cenę. W tym momencie ja odgrywam podobną scenkę: że mam stadko dzieci na wychowaniu, że on chce mnie okraść, podaję swoją ofertę, czyli cenę lekko wyższą od poprzedniej. On znowu się oburza, wyrywa sobie resztki włosów z głowy, ja udając oburzenie, wychodzę. On wybiega za mną, zaprasza z powrotem do sklepiku, sadza na taborecie, częstuje szklaneczką herbaty. Negocjacje z kupionym naczyniem rozpoczynają się na nowo. W końcu wychodzę ze sklepiku za sumę niższą kilkakrotnie od wyjściowej. Ja zadowolona, handlarz zadowolony. Muzułmanie obok żydów Dżerba to jedno z nielicznych, a może jedyne miejsce w północnej Afryce, gdzie zgodnie żyją obok siebie muzułmanie i żydzi. Tutaj znajduje się najstarsza w północnej części kontynentu synagoga. Niestety, nie dane nam jest do niej podjechać i zwiedzić. Zbliża się święto żydowskie i dojazd do świątyni jest zagrodzony i pilnowany. Zdążymy tylko zrobić zdjęcie tablicy upamiętniającej zamach bombowy, którego dokonano na turystów. Niedaleko stąd znajduje się nietypowy meczet - bez charakterystycznej wieży minaretu, częściowo skryty pod ziemią. Mały budyneczek stoi pośrodku gajów oliwnych. Spotykali się w nim na modlitwę przedstawiciele jednego z odłamów islamu. Jak żyli lub jak żyją tradycyjni mieszkańcy Dżerby, możemy zobaczyć w muzeum historii i tradycji. W większości sal wystawione są figury woskowe „odgrywające” scenki rodzajowe z życia codziennego Tunezyjczyków (m.in. zaręczyny, przygotowanie do ślubu, ślub, wesele, zabawa). Na zwiedzanie muzeum trzeba przeznaczyć co najmniej dwie godziny. Bezruch krokodyli Po przejściu bramy farmy krokodyli, razem z innymi turystami spaceruję alejkami i mostkami nad kompleksem sztucznych jezior. Na betonowych nabrzeżach wylegują się setki krokodyli (jest ich tu ponad 400). Jednak mimo zachęcających gestów czy okrzyków zwiedzających tkwią w idealnym bezruchu. Szarozielone cielska na szarym betonie - pięknego zdjęcia z tego nie będzie. Na szczęście zbliża się pora karmienia. Pracownik farmy jedzie z wózkiem wypełnionym indykami. Uderza głośno w blaszany bok wózka. Na ten dźwięk, jezioro ożywa. Ze wszystkich stron do nabrzeża, nad którym zatrzymuje się wózek podpływają gady. Rzucane kawałki mięsa błyskawicznie sa chwytane wielkimi paszczami. Rozlegają się dźwięki jak z filmów o dinozaurach - zęby krokodyli z chrzęstem rozgryzają kostki ptaków. Uczta trwa kilkanaście minut, potem najedzone gady wracają do swojego ulubionego, poza żarciem, zajęcia, czyli trwania w bezruchu. Wracamy do Haumat as-Souk. Mijane tereny wydają się, w porównaniu z tym, co zobaczymy na lądzie, obfitujące w zieleń, ale opady deszczu są tutaj rzadkością. Daktyle nie nadają sie do jedzenia (powstaje z nich pasza), a woda pitna dostarczana jest rurociągiem ze stałego lądu. Głównym produktem żywnościowym są ryby. W Haumat as-Souk idziemy obejrzeć port. Sąsiadują w nim kolorowe łodzie rybackie ze stylizowanymi na dawne żaglowce statkami, na których grupy turystów wyruszają w rejsy. Najpopularniejsza wycieczka to wyprawa na pobliską Wyspę Flamingów. Choć do tych ostatnich trzeba mieć szczęście, wycieczka trwa trzy-cztery godziny. W porcie leniwy ruch rybaków. Kilku naprawia sieci, kilku innych dogląda łodzi. Na nabrzeżu setki, a może tysiące mierzących mniej więcej pół metra wysokości amfor ze zwężonymi mocno szyjkami. To naczynia służące do połowu ośmiornic wymyślone przez Fenicjan, choć nikt nie potrafi do końca wytłumaczyć, dlaczego ośmiornice włażą tak chętnie do amfor. Po kawałek pustyni Autokar wiezie nas przez kilkukilometrową groblę. Za nią krajobraz szybko się zmienia, jedziemy w kierunku lądu. Znika zieleń, pojawiają się szare przestrzenie kamienne i pierwsze piaski. Jeszcze po drodze mijamy słone jezioro, całe białe, wygląda jak pokryte lodem. Dojeżdżamy do miasteczka Chenini. To dawna berberyjska forteca i jednocześnie osada, której budynki zdają się być przylepione do wyniosłej skały. Po powrocie przesiadamy się do dżipów. Jedziemy teraz przez coraz bardziej piaszczyste tereny. Piasek wokół nas zmienia barwę - z szarej na pustynną, klasyczną, znaną z filmów. Kilka razy zatrzymujemy się na herbatę, na sesję zdjęciową, wreszcie dojeżdżamy do oazy. Wielki gaj palmowy ze źródłem krystalicznie czystej wody zasilającej jeziorko. W oazie obecnie funkcjonuje hotel oferujący noclegi w namiotach z... klimatyzacją i własnym węzłem sanitarnym oraz posiłki w restauracji nad basenem. W przerwie między daniami udaje nam się podjechać do dawnego fortu rzymskiego. Zbudowany na samotnym wzgórzu pośród morza piasków był jednym w sieci granicznych placówek chroniących Imperium i jednocześnie punktem celnym na drodze karawan. Wracamy dalej przez pustynię. Jeszcze nasz kierowca staje na moment, wyskakuje z auta i szuka czegoś pod przydrożnymi kamieniami. Pokazuje nam... skorpiona. Sprawnym ruchem noża odcina mu jadową końcówkę odwłoka (odradza się po pewnym czasie) i skorpion spokojnie pozuje do zdjęć na dłoni, na ramieniu. Aneta Gajewska