Wasze Podróże
Na Saharze Na Saharze Piotr Harton

Tunezja o tysiąca i jednej twarzy

Kiedy dowiedziałam się, że lecę do Tunezji, pierwsze co przyszło mi do głowy, i przyszłoby pewnie niejednej osobie, to standardowy wyjazd pobytowy, czyli taki, który spędza się wdychając, w większości lub w całości, nie świeże saharyjskie powietrze, ale basenowy chlor. Jak jednak miało się okazać, wyjazd niewiele miał wspólnego z moim wyobrażeniem i bliżej było mu do nazwy: Tunezja dla zuchwałych niż Tunezja dla leniwych miłośników chloru. Było zatem aktywnie!

Wspinaczka w górach Atlasu Wschodniego, zajęcia linowe w wąwozie w Mides, wyprawa na wielbłądach czy niezapomniany rajd jeepami przez pustynię to tylko kilka atrakcji tej wyprawy. Sama Tunezja także odsłoniła zupełnie inne oblicze. Bo jest to kraj fascynujący, nie tylko ze względu na różnorodność krajobrazów, wyśmienitą kuchnię i serdeczność mieszkańców, ale także ze względu na urzekającą harmonię tradycji i nowoczesności, a bezkres Wielkiego Południa Saharyjskiego, jak miałam się przekonać, jest miejscem idealnym dla miłośników przygód.

 

Na fali niedawnych doniesień, jedną z pierwszych rzeczy, która może martwić potencjalnego podróżnego jest bezpieczeństwo. Nic bardziej mylnego. Pewnie samotnie podróżujące kobiety mogą być narażone na zaczepki (równie dobrze może im się to przytrafić choćby na południu Włoch), lecz w grupie Tunezja jawi się jako kraj bezpieczny i przyjazny. Ulice i hotele są dyskretnie patrolowane przez ochronę i policjantów a największym zagrożeniem może być jedynie słońce! Tunezja to kraj, w którym turystyka odgrywa ogromne znaczenie (zajmuje pierwsze miejsce jeśli chodzi o dochód krajowy) i daje się to zauważyć na każdym kroku. To kraj bardzo przyjazny turystom i chyba najbardziej „europejski" spośród państw islamu. Na północy można zachowywać się zatem swobodnie, choć w głębi kraju lepiej zapomnieć o skąpych sukienkach i szortach, dla zwykłego poszanowania obowiązujących norm i obyczajów.

Kolorowe jarmarki i kaktusy jak korniszony

Nasza wyprawa rozpoczyna się od północnej części kraju, w Sousse, dawnym porcie fenickim, które jest obecnie nowoczesnym kurortem nadmorskim i ważnym ośrodkiem handlu. Warto odwiedzić tam urocze uliczki Mediny (miejsca wpisanego na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO), przespacerować się po targu, gdzie szybko pochłonie nas fascynująca różnorodność kolorów, zapachów, smaków, wszechobecnych tadżinów czy „rąk Fatimy". Pochłonie nas też... targowanie. Mieszankę ziół za 10 dinarów (1 dinar to 2 zł), między innymi z drogocennym szafranem, można kupić ostatecznie za 2 dinary, wystarczy zaledwie targować się na stary, sprawdzony sposób, czyli na tak zwaną „księżniczkę". Odchodząc z miną wyniosłej Europejki od stoiska powinniśmy usłyszeć z ust sprzedającego coraz niższe liczebniki. Do Tunezji należy zabrać euro lub dolary, które łatwo wymienić w każdym hotelu.
Tunezja należy do najlepiej rozwiniętych gospodarczo krajów świata arabskiego. Jak już wspomniałam, pierwsze miejsce jeśli chodzi o dochód krajowy zajmuje turystyka, drugie rolnictwo – są to głównie oliwki, owoce cytrusowe, daktyle i warzywa. Istotną rolę odgrywa też oliwa z oliwek. Drzewa oliwne są nieco inne niż te, do których przyzwyczaiły nas Włochy czy Hiszpania. Zważywszy na to, że drzewo oliwne potrzebuje 18 lat, żeby dojrzeć, można stwierdzić, że te o wiele mniejsze tunezyjskie są dość młode. Zbiory odbywają się w listopadzie, grudniu i styczniu. Zbiera się wtedy także daktyle. Do lat 60. XX w. Tunezja była też jednym z głównych światowych eksporterów ropy naftowej i gazu ziemnego.
Z Sousse udajemy się na południe mijając po drodze połacie fioletowych ostrów i kaktusy z kolorowymi owocami opuncji, pomimo tego, że jest środek czerwca, trwają żniwa (zaczynają się już w maju). Wszędzie roi się od straganów z ogromną ilością świeżych melonów i arbuzów. Od naszego przewodnika Paolo, Polaka mieszkającego od 18 lat w Tunezji, dowiaduję się, że arbuza się tu grilluje (ponoć pyszny) a liście kaktusa marynuje jak korniszony lub piecze panierowane jak kotlety schabowe. W trakcie podróży po krótkiej konwersacji z kierowcą, z której mimo potoku „surowych" dźwięków arabskiej mowy potrafię wychwycić kilka francuskich słów, Paolo opowiada nam o byłym prezydencie Tunezji - Zine el-Abidine Ben Alim, skazanym wraz z żoną na 35 lat więzienia za przywłaszczanie publicznych pieniędzy. Dyktator został obalony w styczniu tego roku w demokratycznej rewolucji, która rozlała się potem po Afryce Północnej i Bliskim Wschodzie. Dla Tunezyjczyków proces ten to duży krok w drodze ku demokracji.
- Zobaczcie jakie Ben Ali zbudował drogi, 40 % pieniędzy szło na kraj, 60 % do kieszeni. Dużo zrobił.- mówi Paolo. Ach, te 40 % to ma być niby pozytyw? No dobrze.
Kolejne miejsce, do którego docieramy to Kairouan – miasto meczetów, jedno z czterech świętych miast islamu, które słynie także z ręcznej produkcji dywanów wysokiej jakości.
As-salam 'alaykum – mówię na dzień dobry do recepcjonisty w hotelu El Mouradi. Właściwie nie muszę się wysilać, wszyscy Tunezyjczycy są dwujęzyczni i równie dobrze można zwracać się do nich po francusku – to pozostałość po okresie kolonialnym. Jednak ambitnie kończę: Shukran (dziękuję) , kiedy ten wręcza mi klucz do pokoju hotelowego. W Tunezji oficjalnym językiem jest język arabski, jednak ze względu na swoje podłoże berberyjskie, tunezyjski różni się od klasycznego arabskiego morfologią, składnią, słownictwem i wymową. Zaliczany jest do grupy dialektów maghrebskich (daryża). Tam gdzie słowa są krótsze lub bardziej odpowiednie, Tunezyjczycy wybierają te francuskie. Upewniam się jeszcze tylko, czy z wody hotelowej można na pewno korzystać, na przykład myjąc zęby (tak! do hoteli doprowadzana jest kanalizacja) i udaję się do pokoju. Tunezja rzeczywiście jest wyjątkiem wśród krajów Afryki i wody nie należy się tu obawiać. Nie należy jej też pić bezpośrednio z kranu, ponoć jej smak pozostawia wiele do życzenia. Za 1 dinara można natomiast kupić wodę mineralną, najpopularniejszą jest – Safia, która powinna być nieodłącznym towarzyszem podróży każdego turysty.

Zobaczyć Tozeur i ...

Z Kairouan wyruszamy do Gafsy położonej na górskiej przełęczy na szlaku karawan wiozących zboże z północy i daktyle z południa. Stamtąd kierujemy się do Tozeur zatrzymując się po drodze na kawę. Kosztuje ona około 3 złotych a system płatności jest taki jak we Włoszech: najpierw płacimy przy kasie, potem odbieramy kawę u barmana. Mnie-italianistkę bawią ko(s)miczne błędy w nazwach kaw: wszelakie wersje słowa: cappuccino (cappicino, capucin) sprawiają, że z sentymentem wracam myślami do czasów, kiedy mieszkałam w Neapolu. Twardo zamawiam jednak espresso i... jest znakomite! O ile tej podawanej na śniadanie w hotelowych restauracjach należy się raczej wystrzegać, tak w lokalnych barach trzeba spróbować cafe au lait (kawa z mlekiem) czy właśnie cappuccino.
Przy wjeździe do Tozeur wita nas napis: Voir Tozeur et revivre (zobaczyć Tozeur i narodzić się na nowo). Tuż przed wjazdem do miasta mijamy lotnisko, na którym od wojny w Zatoce Perskiej przechowywane są dwa irackie Boeingi 747. Saddam Husajn trzymał je tam do ochrony samolotów z pierwszej wojny w Zatoce Perskiej. Stoją więc tak od lat bez możliwości odlotu czekając na uregulowanie sporu z Kuwejtem. Są przemalowane na biało, ale ponoć gdzieniegdzie można jeszcze dostrzec ślady ich pierwotnego koloru zielonego.

Następnego dnia po śniadaniu jedziemy zwiedzić dekoracje filmowe do „Gwiezdnych wojen" George'a Lucasa. Ponieważ pustynny krajobraz Tunezji to jeden z najciekawszych i najpiękniejszych regionów świata, od lat urzeka on twórców światowego kina. Tak stało się też z amerykańskim reżyserem, który swą osławioną filmową epopeję umieścił właśnie tu. Nic dziwnego, spotykają się tu niezwykła różnorodność pejzaży, kolorów i nietuzinkowa atmosfera. Stojąc wśród filmowych dekoracji słucham Piotra Hartona, dyrektora Sunshine Expeditions, przesympatycznego organizatora całej eskapady, który opowiada nam o zawiłościach powstania filmu. Dla chętnych jest jeszcze zdjęcie z liskiem pustynnym (1 dinar), zakup naszyjników (1 din.), galabiji czy chust o intensywnych kolorach (7-10 din. w zależności od tego, czy w Medinie zdążyliście wyćwiczyć już swoją strategię księżniczki). Nie zapomnijcie zabrać ze sobą cukierków dla dzieci, które pięknym francuskim Caramelle, madame będą domagać się cukierków przy makiecie Lorda Vadera. Lepiej mieć garść caramelles, ale w razie ich braku, dzieciaki można obdarować też, co uczyniłam, gumami do
żucia.

„Tysiące twarzy, setki miraży...", czyli kręta jest droga do domu Luke'a Skywalkera

Kolejnego dnia zaczyna się robić bardzo aktywnie. Głównym punktem programu jest rajd pustynny, podczas którego wyszkoleni kierowcy dbają o to, by pustynia dostarczyła nam odpowiedniej dawki emocji. Wyprawa jeepem to fascynująca przygoda, niezapomniane wrażenia i emocje. Są więc zjazdy z urwisk i próby uczynienia z samochodu rzeczy niemożliwych (przynajmniej do tej pory wydawało mi się, że nie łatwo przechylić samochód o 45 %). Cóż, nie Tunezyjczykowi na Saharze! Widać jednak, że kierowcy bardzo dobrze wiedzą, co robią i niczym uczestnicy rajdu Paryż-Dakar, w doborowym towarzystwie, bawimy się wyśmienicie a śmiech miesza się na zmianę z krzykiem i piskiem kobiet. To jednak tylko zapowiedź tego, co czeka nas dnia kolejnego, kiedy to zostajemy dowiezieni do Nefty, gdzie przygotowujemy się do przejścia przez oazę i słone jezioro Chott El Jerid. Nie oznacza to bynajmniej, że będziemy bawić się w Mojżesza, jezioro bowiem jest wyschnięte od lat i wyglądem przypomina bezkresną równinę ze spękaną ziemią pokrytą białym nalotem. Wyposażeni w GPS szukamy zatem kolejnych gwiezdno-wojennych dekoracji filmowych a dokładniej domu Luke'a Skywalkera. Brodzimy zatem godzinami po rozżarzonym jeziorze, które gdzieniegdzie jest mocno błotniste, obserwujemy miraże – niezwykłe zjawiska optyczne spowodowane załamaniem się światła w warstwach powietrza o różnej gęstości. Widać zatem drzewa, których nie ma, a te które są, wyglądają jakby wyrastały nie z ziemi, a kilka metrów nad nią. Słone jeziora są niezwykłą ciekawostką przyrodniczą. Trzy z nich znajdują się w Tunezji, jedno w Algierii. Po deszczu napełniają się wodą, która pod wpływem słońca paruje bardzo szybko nadając jeziorom niewiarygodny wygląd. Sama oaza jest też miejscem unikalnym. Pośrodku skał spalonych słońcem wyrastają życiodajne źródła, bardzo często są to ogromne przestrzenie gęsto porośnięte palmami daktylowymi, pod którymi ukryte są liczne źródła i sadzawki, w których bawią się dzieci. Ta niezwykle malownicza w Nefcie ulokowana jest w głębokim obniżeniu w kształcie koszyka. Ponoć to właśnie tam rosną najsmaczniejsze daktyle zwane „palcami światła". Przy granicy z Algierią, u podnóża potężnego łańcucha gór Atlas, położone są kolejne oazy: Chebika, Tamerza i Mides. Już w czasach Cesarstwa Rzymskiego zostały one docenione ze względu na swoje zalety strategiczne. Wodospady Tamerzy, potężny wąwóz Mides, źródełka i szlaki górskie Chebiki (- Niagara - mówi nasz lokalny przewodnik wskazując małe źródełko w tej oazie) z pewnością należą do cudownych widoków. Wyjątkowość tych miejsc, ich niezwykłą kolorystykę i niepowtarzalną atmosferę potęgują jeszcze ruiny dawnych wiosek, opuszczonych po wielkiej powodzi w 1969 roku, podczas której padało nieprzerwanie przez 21 dni i nocy. W Chebice można też wypić jedną z najsmaczniejszych miętowych herbat z dużą ilością nie liści, a całych gałązek tej rośliny. Właśnie we wspomnianym wąwozie w Mides rozpoczynają się zajęcia linowe. Wąwóz jest piękny i ma kolor beżowo-rdzawy, jednak jak jest piękny, tak i wysoki, a my mamy przed sobą perspektywę rychłego pokonywania go drogą pionową. Następuje więc przyspieszona weryfikacja lęku wysokości, kondycji psychicznej i silnej woli, i po chwili, jeden po drugim zostajemy spuszczeni w dół. Z kilkoma nowymi siniakami i poparzonym od nagrzanej liny opuszkiem palca, szczęśliwa i dumna ląduję na dole, gdzie czekają na mnie inni zadowoleni z siebie uczestnicy (i nowo narodzeni miłośnicy) aktywnego spędzania czasu. Jesteśmy na dole! Pustynia jest piękna, ale teraz czas na miętową herbatę i zasłużony odpoczynek przy basenie. Po drodze do hotelu mijamy jeden z najbardziej nietuzinkowych widoków, jakie widziałam: jezioro Chott el Jerid - największe słone jezioro w Afryce Północnej o powierzchni prawie 5 tys. km². Podróż przez wybudowaną niedawno 60. km groblę jest niezapomnianym przeżyciem. Kryształki soli mienią się najróżniejszymi kolorami w zależności od stopnia oksydacji potasu, a przejeżdżając przez jezioro w słoneczny dzień ma się okazję uczestniczenia w cudownych optycznych złudzeniach, kiedy to rozedrgane upalne powietrze często tworzy miraże. Ziemia zlewa się z niebem i nie jesteśmy już w stanie ujrzeć horyzontu.

Na wielbłąda!

Kolejnego dnia popołudniem czeka nas 4-godzinny rajd na wielbłądach a następnie wieczorny biwak na pustyni z dala od turystycznego szlaku. Mam szczęście, przydzielony mi wielbłąd jest spokojny i nieco ospały, ale okazy niektórych są bardziej niesubordynowane. Bawi to jednak wszystkich za wyjątkiem wielbłądów zapewne, które niczym niewzruszone mkną przez pustynię zapadając się w delikatnym piasku. Humory po wspinaczce dnia wcześniejszego dopisują wszystkim i nasz śmiech niesie się po pustej Saharze. Zatrzymujemy się pod zapewne jedynym drzewem w okolicy, a kiedy piszę drzewo, mam na myśli mały krzaczek, z którego gałęzi nasi dwaj lokalni przewodnicy przyrządzają ognisko. Dowiaduję się, że zaraz zostanie w nim upieczony chleb i podana herbata z miętą. Zasiadam na miałkim i delikatnym jak mąka piasku nazywanym tu fesz-fesz (mąka). To trudna do opisania substancja, teoretycznie zmielona gipsowa skała, w praktyce drobny pył, który wzbija się w powietrze przy najmniejszym ruchu. Czekam więc jak będzie smakowało to pełne piachu i żaru z ogniska pieczywo obserwując panów krzątających się przy nim niczym włoskie mammy w kuchni. Rzeczywiście, oczom moim ukazuje się już nie tylko „mąka pustynna", ale też ta zwykła - kuchenna i woda. I tak powstaje ciasto, które za chwilę zostanie włożone w gorący piasek pod ogniskiem. Oczekując wypieku raczymy się aromatycznym i gęstym naparem. Powolne picie tradycyjnej, miętowej herbaty należy tu do rytuału, który powtarza się kilka razy dziennie. Granulowaną herbatę czarną lub zieloną gotuje się wolno z dużą ilością cukru i świeżą miętą aż uzyska się gęsty napar. Do szklaneczki dodaje się listek świeżej mięty albo orzeszki pinii. Pycha!
Uczę się też kolejnej rzeczy (która właściwie na nic mi się zda na polskiej ziemi) – rozmowy z wielbłądem. Na siad, należy wydać dźwięk, który przypomina charczenie i można sobie przy tym mocno zedrzeć gardło. W międzyczasie chleb jest już gotowy. Po otrzepaniu ściereczką, nie ma na nim śladu ziarenek fesz fesz, czuć natomiast zapach ciepłego piasku przysypanego popiołem z ogniska. Spokój na pustyni jest zniewalający, idealny na chwilę zadumy.

Dźwięki pustyni w rytmie popu

Góry Atlas łączą kraje Maghrebu. Mówi się, że Algieria jest mężczyzną, Libia - kobietą, a Tunezja dzieckiem, rozkapryszonym ale słodkim i wdzięcznym. - Coś w tym jest –Paolo zawiesza głos spoglądając na góry, które zaczynają się do nas przybliżać.
- Atlas to najstarsze pasmo górskie – słyszę z ust Piotra Hartona. Próbuję dosłyszeć jego słowa poprzez zgiełk piosenek Michael'a Jacksona, które dochodzą z radia naszego tunezyjskiego kierowcy. Przewijają się na zmianę właściwie jedynie dwie piosenki króla popu, za to w wielu wersjach, głównie te w aranżacji muzyki arabskiej. Doświadczenie dość abstrakcyjne, nawet dla osoby, której lata temu zdarzyło się oglądać filmy Woody'ego Allenem z włoskim dubbingiem.
Kiedy mkniemy górskimi drogami Tunezja przypomina mi na zmianę Sycylię i góry Sierra Nevada na trasie Las Vegas – Wielki Kanion. Tak jak i tam, na Atlasie można obserwować różne odcienie różu wpadające w czerwienie i fiolety. Widok zniewalający.
W hotelach smakujemy potrawy kuchni tunezyjskiej, która nawet wśród hotelowych ścian smakuje wybornie. Przeważają potrawy mięsne lub rybne spożywane z dużą ilością warzyw. Nie jest to kuchnia zbyt pikantna, chociaż używa się w niej dużo ostrej pasty z czerwonej papryki – harissy. Harissa podawana jest z dodatkiem oliwy na małym talerzyku dla zaostrzenia apetytu i poprawienia trawienia. W restauracji hotelowej są więc i tadżiny (zapiekanki z ziemniaków, sera, cebuli i mięsa, podawane na ciepło lub zimno), kuskus z dużymi kawałkami duszonych warzyw, pomidorów, papryki i sosem a na deser obłędny wybór świeżych owoców i słodkości, w tym maroudh - ciasteczka daktylowe będące ulubionym smakołykiem Tunezyjczyków. Po kolacji czas na wino. Tunezyjskie dzielą się na 3 rodzaje - najwyższej jakości AOC premier cru, dobrej jakości - AOC, i powszechnie stosowane - consomnation courante. Z win czerwonych dobre są Chateau Feriami czy Magon (w hotelu najczęściej podawana jest Venus), z białych warto spróbować Coteaux de Carthage. Jedynym mocnym alkoholem produkowanym w Tunezji jest wódka z fig - Boukha, która w smaku przypomina wytrawne wódki owocowe. Produkowany w Tunezji mocny daktylowo-ziołowy likier Thibarine wytwarzany jest w wiosce Tibar, w górach Tabursuk. Ma on bardzo ciekawy smak a receptura pochodzi od francuskich mnichów. Jednak naszym wyborem jest Pastis, szeroko znany tu, anyżkowy likier pochodzący z Francji.
Kolejnego dnia naszej wyprawy zwiedzimy Matmatę – wioskę Troglodytów z wykutymi w skale domostwami, w których mieszka nadal 118 rodzin. Każde z domostw ma wykopany dziedziniec, od którego odchodzą wydrążone w skale poszczególne pomieszczenia. Gdy natomiast rodzina się rozrasta, Berberowie kują głębiej w skale, żeby powiększyć domostwo.
Matmata to kolejna atrakcja południowej Tunezji, której księżycowy krajobraz natchnął Georga Lucasa pomysłem „gwiezdnej Knajpy". Zwiedzimy zatem podziemny hotel, w którym nakręcono sceny do filmu. Kręcono tu także „Poszukiwaczy zaginionej arki".
Kolejna atrakcja - Ksar Haddada, to słynna stolica galaktycznej planety Tataooine. Tatooine uznany za „stolicę" regionu ksarów jest dawnym miastem garnizonowym i bazą Legii Cudzoziemskiej. Słynie także ze specjalności kulinarnej – słodkich ciastek orzechowo-miodowych, zwanych „rogiem gazeli".
Docieramy także do Chenini - berberyjskiej osady obronnej przylegającej malowniczo do stromych zboczy z ceglanymi domami pochodzącymi z XII w. i białym meczetem. To ostatnie miejsce gdzie ludność porozumiewa się nadal językiem berberyjskim. W dolnej części wsi do dziś - mimo braku prądu i kanalizacji - mieszkają ludzie. Co ciekawe, w przeciwieństwie do typowych Arabów, prawdziwych Berberów (autochtoniczną ludność Afryki Północnej i Sahary) można rozpoznać po rudym kolorze włosów. Większość żyje w wielkich rodzinach patriarchalnych, jednak podstawową formą małżeństwa jest monogamia a pozycja kobiety jest bardziej niezależna, niż zezwala na to Koran. Islam tunezyjski jest w ogóle islamem dość liberalnym. - Można chodzić po ulicach i krzyczeć, że się jest chrześcijaninem – mówi Paolo. - Ktoś odpowie zaledwie: To twój problem, nie mój.
Niedawno w życie weszła nowa konstytucja mówiąca o wolności religii, na mocy której można zostać skazanym na od 6 miesięcy do 6 lat za znieważenie innych religii.

Małe jest piękne a duże jest...skorpionem

Kolejnego dnia wyprawy czeka nas jeszcze wspinaczka górska w Atlasie Wschodnim, którą jednak każdy wykona już bez większej trudności, choć ja dnia następnego doliczę się kilku kolejnych zadrapań i siniaków. Następnie przejedziemy górskimi drogami w okolice twierdzy berberyjskiej Ksar Ghilan, gdzie wieczorem czekają nas kąpiele w ciepłych źródłach w oazie oraz niezapomniany nocleg pod namiotami na pustyni. Niezapomniany szczególnie dla tych z nas, którzy są dość uprzedzeni do wszelkiego rodzaju insektów i robaków: okazałych skarabeuszy, karaluchów czy skorpionów. Są one nieszkodliwe dla człowieka jednak pomimo tej wiedzy, poranny prysznic w towarzystwie skorpiona może na długo zapaść w naszej pamięci.
Szóstego dnia, po bogatych doświadczeniach, zmęczeni ale już mocno zżyci i z bagażem historii do opowiedzenia, wracamy na północ kraju, gdzie przez dwa dni czekać nas będzie zasłużone, błogie lenistwo nad morzem i basenem. Sącząc drinki, wspominać będziemy berberyjskie wioski, ksary, słone jeziora i oazy. Jedno jest pewne. Długo pamiętać będziemy ostry smak harissy, teksturę miałkiego pustynnego piasku i widok na bezkres piaszczystych wydm.

Wyjazd został zorganizowany przez Sunshine Expeditions, nową markę biura Sunshine Holiday S.A., przy współudziale Tunezyjskiego Urzędu ds. Turystyki. Noclegi zapewniła sieć hotelowa El Mouradi należąca do grupy Sunshine.
Materiały filmowe z obu wypraw zostały umieszczone na kanale Sunshine Expeditions na portalu YouTube i na Fun Page'ach Sunshine Holiday i Sunshine Expeditions.
Korzystałam ze stron: www.sunexpeditions.eu.pl i www.tunezja.org.pl

Artykuł ukazał się w nr 29 Magazynu Turystycznego Wasze Podróże. Tekst: Katarzyna Romanowska, zdjęcia: Piotr Harton, Adam Gąsior