Wasze Podróże
Panorama Czeskiego Krumlova Panorama Czeskiego Krumlova AG

Czeski Krumlov - miasto jak z bajki

Gdy patrzymy na Czeski Krumlov z parkingu dworca autobusowego leżącego na pobliskim wzgórzu, widzimy morze czerwonych dachówek i wyrastające ponad nie wieże kościołów. Na wzniesieniu po drugiej stronie miasta króluje potężna bryła zamku krumlovskiego upamiętniona w piosence Heleny Vondraĉkowej o „malowanym dzbanku z krumlovskiego zamku". Już ten widok zachęca, by zagłębić się w starówkę, sprawdzić, co kryje w swych zaułkach i uliczkach. Nie sposób nie zakochać się w tym mieście.

Najlepiej widać piękno tutejszej architektury i jednocześnie jej skomplikowaną strukturę ze wspomnianego zamku. To drugi co do wielkości zamek w Czechach (po praskich Hradczanach). Wchodzimy nań przez most nad fosą, w której możemy zobaczyć trzy niedźwiedzie: Marię Teresę, Kateinę i Voka. Zwyczaj trzymania żywych misiów pochodzi z XVI w., gdy ówcześni gospodarze zamku - rodzina Rożemberków - sprowadziła niedźwiedzie do Krumlova. Rożemberkowie uważali, iż ich ród pochodzi od włoskiego rodu Orsinich (orso to po włosku niedźwiedź).
Po przejściu dziedzińca zamkowego wkraczamy na most kryty arkadami, który doprowadza nas do drugiej części zamku i dalej do ogrodów. Te, choć świetnie utrzymane, nie imponują jednak oryginalnością, jak sam zamek i miasto. Po krótkim spacerze wracamy do labiryntu miejskiego. Jeszcze tylko zaglądamy do zamkowego teatru - to jeden z trzech w Europie zachowanych barokowych teatrów; autentyczne, z epoki są tu dekoracje, sprzęt, scenografia i stroje. Potem już krótki postój na arkadowym łączniku, widać stąd świetnie miasto pod nami. Jeszcze lepszy widok będziemy mieli, gdy zdecydujemy się na wspinaczkę po 162 stopniach wiodących na mierzącą 54,5 metra wysokości wieżę zamkową. Z niej najlepiej zwartą zabudowę i wspomniane wężowate meandry Wełtawy. Z zamkowego dziedzińca schodzimy stromą, wąską uliczką.


Wełtawa w kształcie „s"

Tutejsze uliczki zapewniają prawdziwe „spacerowe szaleństwo". Ciasna zabudowa starówki oplecionej nurtem rzeki Wełtawy, która z góry przypomina literę „s", daje możliwości zagłębiania się i „odkrywania" coraz to nowych zaułków. Gdy mamy szczęście do słonecznej pogody, renesansowe i barokowe kamieniczki lśnią w pełnym blasku. Popularność miasteczka sprawia, że rzadko możemy się nim zachwycać sami, na ogół głównymi uliczkami ciągnie nieprzerwany sznur turystów. Jednak, jeśli uda nam się tutaj przenocować, warto zerwać się wcześnie rano z łóżka, przejść pustymi ulicami po mokrych od nocnej rosy trotuarach. Oprócz wspomnianego wzgórza z dworcem autobusowym, każdy może znaleźć sobie „własny" punkt widokowy, z którego starówka wygląda najpiękniej. Mój znajduje się około 200 metrów od rynku, naprzeciwko hotelu „Pod Różą". Z punktu widokowego wczesnym rankiem, gdy mgły ustąpią - widzimy prawie całe miasto i oczywiście odwiedzony wcześniej zamek.

Miłośnicy marionetek

Inne miejsce znajduje się nad Wełtawą. Po drugiej stronie tuż nad nurtem rzeki wyrasta majestatyczna katedra, zaś po samej Wełtawie bardzo często płyną kajaki i pontony. Zaś gdy przejdziemy kilkanaście minut dalej, nad rzeką znajdziemy miejsce, z którego z kolei najpiękniej wygląda zamek, który niedawno zwiedzaliśmy. To tarasy licznych knajpek, które zdają się prawie dotykać wody. Nad nami skała i mury zamku, trzy poziomy mostu arkadowego, niżej - szumiący nurt Wełtawy. Jeśli przejdziemy przez pobliski drewniany most i przespacerujemy się kilka minut wzdłuż murów klasztornych, dojdziemy do miejscowego browaru - w końcu jesteśmy w Czechach i grzechem byłoby nie skosztować lokalnego piwa (warto!). Po drodze możemy zajrzeć do mieszczącego się w dawnym kościele Świetego Joszta muzeum marionetek. Kto był w Pradze, wie, że Czesi są lekko zwariowani w temacie marionetek - w Czeskim Krumlovie są aż dwa muzea poświęcone tym lalkom: ekspozycja wielkich lalek maszkaronów na ulicy Radnickiej i muzeum marionetek. W tym drugim dyrektorka jest zakochana w swoich eksponatach, zna historię każdego z nich, ich imiona, potrafi je wprawić w ruch.

Noc przy piwie

W którą uliczkę byśmy nie skręcili, zawsze dojdziemy nad rzekę. Niektóre z uliczek są proste, niektóre (jak np. ulica Mięsna), nie dość, że ostro skręcają, to jeszcze opadają dość stromo w dół. Mięsna jest tak wąska, że w niektórych miejscach człowiek może rozpostartymi rękami dotknąć obu ograniczających go ścian domów.
W Czeskim Krulovie co kilka kroków znajdziemy galerię z obrazami lub kolejne muzeum (poza wspomnianym marionetkowym), Muzeum Figur Woskowych, gdzie sąsiadują ze sobą Jan Paweł II i Napoleon; muzeum tortur, muzeum czeskiej fotografii, galeria Egona Schiele mieszcząca się w dawnym browarze. Gdy poszczęściło nam się zostać w Czeskim Krumlovie do późnego wieczora, czeka nas kolejne przeżycie estetyczne: oświetlona bryła zamku jeszcze bardziej imponuje majestatem, zaś uliczki i placyki w świetle latarni ulicznych i blasku padającego z okien kuszą, by po nich bez końca spacerować. No, może nie bez końca - kuszą bowiem równie mocno miejscowe lokale - piwnice z gotyckimi sklepieniami, z lampami naftowymi na stołach; małe kawiarenki, miejscowy browar z restauracją. Siadamy nad piwem i zapominamy o Bożym świecie. Wszak jesteśmy w Czeskim Krumlovie, wszak jesteśmy w Czechach.