Wasze Podróże
Zamek w Bratysławie Zamek w Bratysławie Zofia Zubczewska

Trzy dni w Bratysławie

Plan wycieczki wyglądał następująco: Pierwszy dzień - zwiedzanie starego miasta w Bratysławie; drugi dzień - rejs statkiem po Dunaju do zamku w Devinie; trzeci dzień - wycieczka autobusem do miasteczek leżących u podnóża Małych Karpat. W Bratysławie było nam ciekawie, ładnie, sympatycznie, bez obcych języków, no i blisko Polski.
W Warszawie przy stacji metra „Wilanowska” zobaczyłam czerwony autokar z napisem „Bratysława”. Był to „Polski Bus”, który codziennie kursuje do Bratysławy za niecałe 100 złotych w obie strony. Może by pojechać? Bo nigdy nie byłam w stolicy Słowacji. Kupiłam przewodnik Pascala i wyczytałam w nim, że na ziemiach nazywanych dzisiaj Słowacją, Celtowie zakładali winnice, Rzymianie budowali forty. Forty te książęta wielkomorawscy – słowiańscy założyciele pierwszego państwa na tych terenach - zamieniali w swoje zamki, a królowie węgierscy zamki przerabiali na magnackie siedziby. Od XI wieku, bowiem, po upadku państwa Wielkomorawskiego, przez 1000 lat Słowacją rządzili Węgrzy. Bratysława przez 400 lat była nawet stolicą Królestwa Węgierskiego w zastępstwie Budy, zajętej przez Turków, potem stała się metropolią w monarchii austro-węgierskiej. Miastem Słowaków została dopiero w naszych czasach, co mało, kto uzmysławia sobie. W Bratysławie pełno jest historycznych budowli – pamiątek przeszłości od Celtów po cesarzową Sissi. A na dokładkę do Bratysławy sięga 100-kilometrowe pasmo niskich gór - Małe Karpaty. Na zboczach Małych Karpat od starożytności uprawiano winorośl. Wystarczy wyjechać tuż za miasto, by trafić do uroczego miasteczka z zamkami i winnicami. Wtorek, 7 maja. Podróż. Bilety na autobus kupiłam przez Internet pod koniec lutego. Jechałam z koleżankami (gromadka sześciu emerytek) 7 maja 2013 roku, a wracałam 11 maja. Jeden bilet w obie strony kosztował 96 złotych. Autobus odchodził z przystanku położonym opodal stacji metra Wilanowska w Warszawie o godzinie 8.15. Podróż trwa 10 godzin i 40 minut. Autokar był średnio wygodny gdyż siedzenia ustawione były blisko siebie, więc na nogi pozostawało mało miejsca. Przez całą podróż czynna była (czysta) toaleta oraz klimatyzacja, można też było podłączyć się do Internetu. Zatrzymaliśmy się dwa razy: na obskurnym placu w Częstochowie, gdzie można było tylko rozprostować nogi oraz w Katowicach. Tutaj mogłyśmy kupić kanapki oraz gorące napoje w kubeczkach z pokrywkami, a także skorzystać z porządnej i czystej toalety. Przez Słowację przejechaliśmy bez przystanku. Zakwaterowanie. W Internecie wyszukałam czterogwiazdkowy hotel Saffron położony pomiędzy dworcem autobusowym, a Starym Miastem, tak, że wszędzie mogłyśmy dotrzeć na piechotę. Pokój razem ze śniadaniem kosztował 40 euro od osoby za dobę plus podatek miejski 1,65 euro za „osobodobę”. Pomieszczenia pachniały nowością, były obszerne, a łóżka wygodne. W pokojach był telewizor, lodówka i barek, a na ostatnim piętrze hotelu sauna (wliczona w koszt pokoju). Śniadanie typu szwedzki stół z dużym wyborem dań oraz napojów, smakowało nam. W Bratysławie jest bardzo dużo miejsc do spania – od 10 euro wzwyż. Komunikacja. W Bratysławie nigdzie nie jest daleko, można chodzić na piechotę. Trzeba jednak uważać na nierówne chodniki i bardzo wysokie krawężniki. Gdy ciągniesz walizkę na kółkach, masz problem z przejściem przez jezdnię, zwłaszcza przez torowisko. Poza Starym Miastem, ulice nie wyglądają jeszcze dobrze, choć widać, że miasto odnawia się i porządkuje. Kto nie lubi chodzić może przemieszczać się tramwajami. Jest ich dużo. Najtańszy bilet kosztuje 50 centów, można nim jechać przez 15 minut bez przesiadki – wystarcza na większość podróży. Dosyć praktyczny jest bilet za 70 centów godzinny, uprawniający do przesiadek. Jechałyśmy na taki bilet do hotelu, wrzucałyśmy do pokoju zakupy, ewentualnie przebierałyśmy się i wracałyśmy do miasta – starczało czasu. Bilet kupuje się na każdym przystanku w automacie. Instrukcja jest łatwa do zrozumienia. Motorniczy nie sprzedaje biletów. Pierwszy wieczór. Zrobiło się już po dwudziestej, gdy wyruszyłyśmy z hotelu na kolację. Poszłyśmy na Obchodną, która prowadzi wprost na Stare Miasto. Przy tej ulicy jest mnóstwo knajpeczek oferujących szybkie dania z całego świata. Wybrałyśmy pizzerię Agnezo. Pizza w tym lokalu była tak smaczna, że wróciłyśmy do Agnezo w piątek na kolację pożegnalną z Bratysławą. Tam też odkryłyśmy słowackie wino. Od tej pory nie piłyśmy innego i nakupowałyśmy tego wina na prezenty. Pizza (duża) cztery sery czyli styri druhy syra (przepyszna) kosztowała 6.05 euro, inne, (jakie sobie wymarzysz) 4.85, butelka białego wina słowackiego Chardonnay – 11.50. Następnego dnia sprawdziłyśmy, że w sklepie Chardonnay kosztuje 3,89 euro, czerwone Cabernet Sauvignon 4,59 euro, a wszystkie słowackie wina znikają z półek niczym świeże bułeczki. Środa, 8 maja – zwiedzanie miasta Stare Miasto w Bratysławie jest przepełnione zabytkami stłoczonymi na niewielkiej przestrzeni. Wszędzie można dojść na piechotę, ale żeby nie błąkać się z coraz większym znużeniem natłokiem wrażeń, trzeba mieć selektywny plan zwiedzania. Miałyśmy taki. Z doświadczenia wieloletnich turystek wiemy, że gdy ogląda się zbyt wiele, to mało, co pozostaje w pamięci. Na równi z zabytkami cenimy sobie wrażenia dotyczące atmosfery w mieście, nastawienia tubylców do turystów, smaku potraw. Zwracamy też uwagę na przyrodę: drzewa w mieście, ogrody, ogródki i teren wokół miasta. Zwiedzanie Bratysławy zaczęłyśmy od Modrego(Błękitnego) Kościółka św. Elżbiety. Jest to najbardziej niezwykła budowla sakralna w Bratysławie, która wznosi się na uboczu, poza obszarem Starego Miasta. Kościółek wybudowany został w latach 1907-1913. Według projektu Odona Lechnera mistrza budapeszteńskiej secesji. Jest cały błękitny, od dachówek po schody. Po prostu – bajka. Ufundowany został przez cesarza Franciszka Józefa dla uczczenia śmierci jego żony, cesarzowej Sissi, zamordowanej w Genewie przez anarchistę. Od Modrego Kościółka poszłyśmy w kierunku Dunaju do Nowego Mostu, by w modnej kawiarni UFO, znajdującej się na wysokich pylonach mostowych wypić najdroższą kawę w Bratysławie oraz podziwiać widoki. Nowy Most wybudowany został w latach 70. XX wieku. Pod jego budowę, a zwłaszcza połączonej z nim estakady Staromestskiej wyburzono część historycznej starówki. Pomyślałyśmy, że skoro zdecydowano się na zniszczenie zabytków, to na ich miejscu musiało powstać coś wyjątkowego. Tymczasem zobaczyłyśmy ohydę. Czarny mur, który podpiera estakadę oddziela od siebie i częściowo zasłania dwie bardzo znaczące budowle Bratysławy: Zamek i Katedrę św. Marcina. Nowy Most zrobił na nas tak złe wrażenie, że nie poszłyśmy na kawę do UFO, skręciłyśmy od razu na Zamek, wiedząc, że ze wzgórza będziemy podziwiać rozleglejsze widoki niż z mostu, gdyż ma ono 150 metrów wysokości, a pylony tylko 85. Zamek stoi na miejscu celtyckiej twierdzy. Spędziłyśmy na nim dwie godziny, a następnie poszły na Plac Hviezdoslava – Hviezdoslavovo namestie, znane w Bratysławie miejsce kafejek. Wypiłyśmy tu kawę po wiedeńsku (2.20 za filiżankę). Z placu, obok Cumila, żartobliwej rzeźby przedstawiającej dobrego duszka Bratysławy wróciłyśmy Pańską w kierunku estakady, do gotyckiej Katedry św. Marcina, zbudowanej w XIV wieku przez tych samych mistrzów, którzy budowali katedrę św. Stefana w Wiedniu. Zwiedzanie kosztuje. Bilet dla emerytów - 1.50 euro, dla zwykłych ludzi - 3.00. W Katedrze koronowało się 11 węgierskich królów i 8 królowych, gdy więc wyjdzie się z niej na ulicę Kapitulską, to na bruku dostrzeże się złote korony, które niczym strzałki wyznaczają tzw. drogę koronacyjną do Kościoła Franciszkańskiego. W kościele tym nowy król pasował wybranych szlachciców na Rycerzy Złotej Ostrogi. Dzisiaj jest to świetny szlak zwiedzania. Polecam. Około 17.00, wróciłyśmy na Pańską, gdzie są restauracje ze słowackim jadłem. Wybrałyśmy lokal Zlata Koruna i poprosiły o słowackie smakołyki. Kelner polecił nam bryndzove halusky i slovenską misę pre dwóch, czyli kluseczki wyrabiane z sera, surowych ziemniaków i mąki, okraszone słoninką, albo duszoną kapustą. Te z kapustą bardziej nam smakowały. Porcja kosztowała 7.90 euro, była spora. Slovenska misa pre dwóch???? to półmisek różnych kiełbas, kaszanek i kotletów obficie przyprawionych ostrą papryką, (czyli po węgiersku, choć podawana, jako specjalność słowackiej kuchni) dla dwóch osób – 25.90 euro. Kurczak z ziemniakami kosztował 8,50 euro. Piwo Złoty Bażant – 2 euro. W sumie za obfity obiad dla sześciu osób zapłaciłyśmy 74.20 euro. Wieczorem, po krótkim odpoczynku w hotelu znów poszłyśmy na spacer, by obejrzeć fasady dwóch budynków rządowych: Letni Pałac Arcybiskupa wybudowany w XVII wieku, który od 1993 roku jest siedzibą Słowackiego Urzędu Rady Ministrów. Wnętrza bywają udostępniane dla zwiedzających w tzw. Dni Otwartych Drzwi. Drugi to Pałac Prezydencki, jeden z najpiękniejszych zabytków baroku na Słowacji. Dzisiaj jest to siedziba prezydenta Słowacji zamknięta dla zwiedzających. Zwiedzać można tylko ogród położony na tyłach pałacu, zaprojektowany we francuskim stylu. Są w nim dwa szpalery drzew – po prawej różowe kasztanowce (właśnie kwitły), po lewej dęby. Posadzili je i będą sadzić prezydenci państw odwiedzający Słowację. Rośnie tam już polskie drzewo – dorodny dąb – posadzony w 2002 roku przez Aleksandra Kwaśniewskiego, gdy był prezydentem. Czwartek, 9 maja, Hrad Devin. Na ten dzień zaplanowałyśmy rejs statkiem po Dunaju. Rejsy te odbywają się dwa razy dziennie o 10.00 i 13.00 od środy do niedzieli. Trwają dwie godziny w jedną stronę, cena biletu seniorskiego 6 euro, normalnego 8. Najtrudniej jest znaleźć kasę, (brzydki budynek na brzegu Dunaju), w której sprzedaje się te bilety, gdyż na zewnątrz nie ma żadnej informacji. Zamek w Devinie to ciekawe, doskonale przygotowane do zwiedzania i rozległe ruiny starosłowiańskiego zamczyska z widokiem na Bramę Morawską. Wzgórze ma 250 metrów wysokości i wiedzie nań wygodna, szeroka aleja. Dla każdego Słowaka Devin ma taką moc symbolu, jak dla nas Wawel. Książę Rastislav wzniósł tutaj swój gród, wzmiankowany w 864 roku. Wielkomorawianie rządzili swoim państwem do czasu, gdy ostatni z ich książąt sprzedał swoje ziemie Madziarom za dorodnego białego konia z bogatą uprzężą – tak głosi legenda węgierska, być może złośliwa. Po zwiedzeniu ruin poszłyśmy na przystanek miejskiego autobusu, którym dojechałyśmy do Ogrodu Botanicznego, a po spacerze po nim na Rynek – Hlavne Namestie. Na Rynku, dużym prostokątnym placu, gdzie się siada i patrzy na domy oraz ludzi, można też coś pić lub jeść. Ceny jak na Pańskiej. W pobliżu (za Ratuszem) znajduje się informacja turystyczna. (W święta nie czynna). Poszłyśmy do niej i uzyskałyśmy bardzo kompetentne informacje, jak sobie zorganizować wycieczkę do miasteczek położonych u podnóża Małych Karpat. Piątek, 10 maja, Małe Karpaty. Największym zabytkiem Małych Karpat jest świetnie zachowany (łącznie z meblami) zamek w Czerwonym Kamieniu, położony nad miejscowością Cesna. W informacji turystycznej w Bratysławie powiedziano nam, że o 10.10 z dworca autobusowego odchodzi pośpieszny do Cesny. Pojechałyśmy, więc. Bilet kosztował 2 euro, zniżki dla emerytów nie było. Po godzinie dotarłyśmy do Cesnej. Z przystanku autobusowego poszłyśmy na zamek, choć kursuje tam też autobus, ale bardzo rzadko. Droga wiodła pod lekką górkę, miała niecałe dwa kilometry długości. Zamek wyłonił się spoza solidnych murów. Zwiedza się go z przewodnikiem, trwa to półtorej godziny. Seniorski bilet kosztuje 3.60 euro. Po wyjściu z zamku skręciłyśmy do dworu sokolników na pokaz umiejętności ptaków drapieżnych ułożonych do polowania. Bardzo ciekawe widowisko. Po tym wszystkim zasiadłyśmy w Tawernie Pod Basztą, tuż za murami, gdzie zjadłyśmy obiad. Dla jednych był encin (czyli ser) w żupanie z ziemniaczanego ciasta (14.25 euro za porcję) dla drugich pstruh na rasci, co oczywiście oznacza pstrąga z rusztu (11.80 euro porcja). Znów piłyśmy białe słowackie wino nieodmiennie pyszne (9.00 euro za butelkę). Wróciłyśmy piechotą na przystanek i pojechały autobusem w kierunku Bratysławy, wysiadając wcześniej w Modrej – opisywanej, jako urocza miejscowość słynąca z wyrobów z majoliki. Niestety Modra nie jest ładna. Sklepów z wyrobami z majoliki jest mało i wszystkie otwarte do 18.00. Z ledwością zdążyłyśmy coś kupić. Były to miseczki, zegary ścienne, kubeczki pomalowane we wzory przypominające nieco nasz Włocławek, w cenie od 5 do 19 euro (były też droższe wyroby). Gdybym drugi raz była w tamtej okolicy, pojechałabym raczej do Pezinoka, czyli następnej miejscowości, stolicy małokarpackiego wina. Z okiem autobusu Pezinok wyglądał czysto i ładnie, widziałam też sklepy z majoliką. Do Bratysławy wróciłyśmy o zmroku. Po krótkim odpoczynku w hotelu poszłyśmy na pożegnalną kolację do „naszej” pizzerii. Sobota, 11 maja powrót. Powrotny Polski Bus odchodził z dworca w Bratysławie o 10.15. Taksówka na dworzec kosztowała 5 euro. Na dworcu kupiłyśmy świeżutkie kanapki np. mini bagietę za 0.95 euro, a do niej syrowy rożok za 0.90. Podróż powrotna przebiegła bez niespodzianek. Po 10 godzinach z kawałkiem byłyśmy w Warszawie na przystanku koło stacji metra Wilanowska. Cała wyprawa kosztowała mnie mniej więcej 350 euro. Informacje praktyczne: www.slovakia.travel www.slowacja.pl www.bratyslawa.pl www.bratyslawa.polemb.net www.polskibus.com www.worldshotelscompare.com